Thursday, January 7, 2010

A.D. 2010 jest, Office też

Już od połowy zeszłego roku krążyły słuchy na temat nowego Office’a (wersja 14sta),.Microsoft zrobił zapowiedź swojego nowego produktu w bardzo zabawny, lecz wyrafinowany sposób – to był film, można już jego zobaczyć na YouTube.

Około 2 miesięcy później Microsoft wypuścił pierwsze zdjęcia oraz filmy prezentujące nowy pakiet biurowy, które zawierały materiały dotyczące aplikacji Excell, Word oraz Outlook. Te obrazki zrobiły na mnie ogromne wrażenie i już nie mogłem doczekać się aż wyjdzie wersja testowa – beta, której zapowiedź była w tym samym momencie jak ukazały się te obrazki (Office 2010 za darmo? Ależ oczywiście, tylko przez rok).

Niedawno (jakieś 2 tygodnie temu) na MSDN został wystawiony pakiet Office 2010 dla publicznego testowania. Pakiet jest dostępny w dwóch odmianach: dla użytkowników domowych oraz profesjonalnych. Tak więc co zawierają owe wersje?

Dla użytkowników domowych oraz małych firm mamy w pakiecie: Word, Excell, Powerpoint, Outlook oraz OneNote.

Dla profesjonalistów i średnich film jest: Word, Excell, Powerpoint, Outlook, OneNote, Access, Infopath, Communicator, Sharepoint Workspace oraz Publisher.

To są dwie wersje beta przygotowane dla testu, trudno powiedzieć czy będzie ich więcej. Na początek kilka uwag, do tej pory dla użytkowników domowych Office był dostępny z podstawowymi programami typu Word, Excell, Powerpoint i ot czasami m$ wrzucił do pakietu jakiś program w ramach promocji, lecz odkąd pamiętam nigdy nie było w nim Outlooka i to jest dla mnie ciekawostka. Za to wersja “Enterprise” została napchana praktycznie wszystkim co można wymyśleć, znajdziemy tutaj Communicatora, który dotąd był sprzedawany oddzielnie oraz OneNote’a, krzyk ostatniego Office’a (2007), który nie był sprzedawany dla wyższych wersji niż domowa… czyżby m$ chciał się resocjalizować…?

Dodam jeszcze, że obydwa wydania zrobiono w wersji 32bit oraz 64bit i to był dla mnie szok – pierwszy pakiet biurowy w nowej architekturze. Nie zastanawiałem się długo i zaczerpnąłem ta “lepszą” wersję z tą “wyższą” architekturą (posiadam Windows 7 x64), która zajmowała nieco ponad 700MB.

Po zaczerpnięciu od razu wziąłem się za instalację, która prawdopodobnie była stworzona dla ludzi mających problemy ze wzrokiem, gdyż od samego początku rzucały mi się Ariale 15 albo większe z oknami na 3/4 ekranu (a rozdzielczość mam niemałą). Pozaznaczałem odpowiednie opcje, kopiowanie plików i tradycyjnie restart komputera.

Po uruchomieniu komputera od razu mnie zaniepokoiły 2 rzeczy: dwie buzie w Tray Barze oraz niemal niekończące się indeksowanie plików na dysku. Kliknąłem na buzie i okazuje się, że to jest program firmy m$, który robi obrazek z Twojego pulpitu, dodaje komentarz napisany przez użytkownika i wysyła do m$. Na szczęście aplikację można było wyrzucić przez odinstalowanie jej.

Indeksowanie zostało zakończone i wtedy wziąłem się za uruchamianie kolejno aplikacji Word, Excell, Powerpoint (prawa natury stwierdziły, że są one niezbędne do życia) i tutaj kolejne moje zdziwienie, gdyż jak poprzednio przy pierwszym uruchomieniu te aplikacje wymagały około dwóch minut na konfigurację wyrzucając przy okazji okno z komunikatem, to teraz uruchamiają się po prostu “z palca”. Poklikałem w różne okienka aplikacji i je szybko zamknąłem, gdyż tak na prawdę interesowały mnie 2 aplikacje: Outlook i OneNote. OneNote to aplikacja do robienia szybkich notatek, bardzo ona podoba mi się, gdyż nie muszę otwierać stu tysięcy notatników i robić jakiś wpisów a otwieram sobie jeden program, wszystkie notatki mam posortowane i zapisują się dosłownie w jednym pliku, więc odnalezienie wszystkich jest dużo prostsze, a poza tym na telefonie komórkowym z Windows Mobile jest też OneNote, który synchronizuje się z tym peceotwym. Tutaj byłem jednak zawiedziony, lecz od początku: Uruchomiłem OneNote, bardzo ładnie i szybko odnalazł moje notatki z poprzedniej wersji (2007) i pojawiła się standardowa ikona w Tray’u, szybko złapałem za swoj telefon komórkowy, przełączyłem w tryb active sync i cóż… przy próbie synchronizacji pojawiały się błędy. Jako że Windows 7 nie posiada active sync, tylko Windows Media Device Center (w skrócie WMDC) to próbowałem poszukać jakichś nowszych wersji. Okazuje się, że WMDC idzie w parze ze sterownikami do telefonu i nowszej wersji najprawdopodobniej nie będzie. Przeszukiwałem fora MSDN dotyczące Office’a 2010 oraz WMDC i natknąłem się na podobne problemu użytkowników. Rozwiązaniem tego problemu jest zakup telefonu z jeszcze nie wdrożonym systemem Windows Mobile 6.5, niestety jeszcze mnie nie stać, więc należy czekać aż może m$ wyda kiedyś poprawkę do tego.

W przypadku Outlooka nie było lepiej, na początek zawód z którym musiałem pogodzić się – brak synchronizacji z Windows Mobile. WMDC nie wykrywało wcale Outlooka, więc mogłem zapomnieć o jakiejkolwiek synchronizacji kontaktów czy maili. Ale zdziwiłem się, gdy konfigurowałem pocztę, podałem swój adres email i hasło a on od razu wykrył, że to jest IMAP i podpiął skrzynkę. Nagle w Outlooku pojawiły się dwie skrzynki – jedna Outlookowa a druga moja IMAPowa – widocznie niestety Outlook nie przyznaje się do poczty IMAPowej. Ustawienia kont oraz Outlooka były szersze w porównaniu do poprzednich wersji, nareszcie można było odnaleźć i samemu podać ścieżkę do pliku .pst i nie trzeba szukać plików w czeluściach folderów domowych użytkowników.  Wygląd okna opcji też wygląda znacznie lepiej i przypomina ten znany z okien opcji np. w obecnym OpenOffice.org, więc zmiana z zakładek do postaci drzewka – dla mnie bardziej wygodne.

Nie testowałem pozostałych programów, lecz doszły mnie słuchy, że można podpiąć do Outlooka konto jabberowe i prowadzić konwersacje bezpośrednio z programu pocztowego. Programy w wersji Enterprise mają możliwość ustawienia mobilnego – tej opcji nie byłem w stanie sprawdzić, gdyż to wymaga skonfigurowanego, fizycznego Windows Server – działanie wygląda następująco, że swoje dokumenty z aplikacji office możemy przechowywać na komputerach klienckich, bądź możemy je wysłać bądź synchronizować z serwerem, gdzie one będą bezpieczniejsze.

Minusy tego wszystkiego oprócz tego co wcześniej wymieniłem największym problemem (i minusem zarazem) jest kompatybilności wstecznej – podobnie jak w poprzednich wersjach Office, będzie wymagana aktualizacja, by móc odczytywać dokumenty utworzone, bądź zmienione w nowej wersji, być może finalna wersja Office 2010 nie będzie tego wymagała. Nowe API, niekoniecznie też jest kompatybilne ze starymi programami, na przykład Visual Studio 2008 potrafiło zamrozić się przy próbie korzystania z nowych bibliotek, przy czym praca na tym była już niemożliwa.

Niestety, byłem zmuszony do usunięcia pakietu, na który długo czekałem, w przeciwieństwie do Windows 7 w wersji beta, ten produkt nie nadaje się do użytku powszedniego jeszcze mimo tego, że jest stabilny, mam wielką nadzieję, że wersja finalna będzie posiadała wszelkie poprawki, które umożliwią płynną pracę na tym pakiecie biurowym. Przecież żaden użytkownik nie chce, żeby mu wymawiano – “zainstaluj sobie starszą wersję, jeżeli chcesz, żeby ci działało” – to jest takie żenujące…

P.S.

Z okazji nowego roku i w obliczu nowych wyzwań i wrażeń życzę wszystkim siły by stanąć na wysokości ich zadań oraz by temu towarzyszyła trzeźwość umysłu oraz chęć czynienia dobrze nie sobie lecz innym :) Niech “Start” będzie z wami!

Posted by Inixi in 09:52:03 | Permalink | No Comments »

Tuesday, November 24, 2009

Koncerny trujace zycie…

Znów dawno mnie nie było, lecz tym razem mam wiele powodów, żeby tutaj powracać, ponarzekać i przekazać kilka osobistych subiektywnych odkryć dotyczących komputerów PC z systemem Windows. Tymat będzie oscylował wokół nie tyle koncernów, co może dużych firm opiekujących się nami – ludźmi od strony oprogramowania i tego, jak nasza POTRZEBA jest często zakrywana wielkimi łapskami dążenia do prostoty i miłej funkcjonalności. POTRZEBA jest matką wynalazkow i tak oto na komputerach PC z systemem Windows często goszczą programy graficzne mniejsze i te obszerniejsze, edytory tekstu, arkusze kalkulacyjne, gierki, przeglądarki internetowe, “odczytywarki”, odtwarzacze multimedialne itd. Dzięki temu wszystkiemu nasze czasami małe 11 calowe, wkładane wprost do kieszeni komputerki stają się naszymi przenośnymi biurami. Niektórzy stosują to w swoich telefonach, osobiście polecam Smartphone, ale o tym później.

Przechodząc do konkretów, mamy nowego, “czystego” Windowsa i potrzebujemy sobie go urządzić, więc co instalujemy? World Of Warcraft! Następnie wstajemy rano, patrzymy na zegarek, a tam jest godzina 7:30, patrzymy na dzień tygodnia i okazuje się, że mamy dzisiaj pracę/studia/spotkania itp. nie wiemy jakie mamy plany, wszystko to jest zapisane w pozostałościach z backupu, które są w postaci *.doc, *.pdf, *.odf, *.mht etc. w pośpiechu zaglądamy na wręcz prostą strone firmy Adobe i zaciągamy Readera w najnowszej wersji… a raczej downloader. Po instalacji tego downloadera ściąga się nam już sam program, instaluje, a w międzyczasie pyta nas czy chcemy sobie doinstalować superextramultiwypasiolaboganiewadomojaki toolbar do IE czy Firefoxa, a przy okazji nam mówi, że musi zainstalować kilka innych programów, żeby zainstalować samego Readera, bo inaczej strzeli nam focha! Więc my tylko klikamy Dalej -> Dalej -> Dalej -> i wreszcie Finish, włącz aplikację…! … … … Włącza się… … ……….. …………… !!! Po załadowaniu naszej pamięci 200-megabajtową aplikacją wreszcie możemy pierwszy dokument odczytać, szybko odczyt, szybko sprawdzenie gdzie, co i kiedy! I wychodzimy z domu, nie ma nas… a teraz po kolei co się stało: Raz – Adobe Reader może i był programem, który jako jedyny kiedyś odczytywał pdf’y lecz już nie jest i dzięki Bogu, polecam na wstępie zapomnieć o tej krowie i zainteresować się równie dobrą aplikacją, która nazywa się Foxit Reader. Dwa – te wszystkie dodatki, które nam oferuje Adobe, a na które rzekomo dobrowolnie godzimy się to są między innymi wyżej wymieniony toolbar, równie zbędny jak każdy niestandardowy dodawany do przeglądarek, kolejny dodatek, na który godzimy się nieświadomie to getplus, za pierwszym razem zdziwiłem się jak to GÓWNO pierwszy raz zobaczyłem w systemie, to jest serwis, który odpala się przy starcie i sprawdza automagicznie nowe dodatki, które możemy sobie zainstalować, a on bez naszej wiedzy i tak to zainstaluje, bo stwierdzi, że tak fajnie. Trzy – ta krowa na prawdę po odpaleniu (przynajmniej na moim Win7 Pro x64) zajmuje na pusto 200MB. Na szczęście ja tego nie odczuwam, gdyż mam dość mocny sprzęt, niemniej kolega, który ma Athlona 1.5GHz bardzo łatwo przy tym traci cierpliwość. Cztery – konkluzja – to jest tylko zwykły program do odczytu plików w formacie pdf, reszte po moich wnioskach możecie sobie dopowiedzieć.

Następną rzeczą, która jest niezbędna do naszego codziennego życia z naszym komputerem są pakiety biurowe. Tutaj mamy do wyboru: darmowe, lecz pisane na javie (albo na jawie jak pisał mój profesor od programowania) pakiety biurowe oferowane przez Sun i IBM (Openoffice.org i Lotus Symphonia). W tym przypadku nie ma co za wiele dywagować, bo tak na prawdę, który z nich lepiej zainstalować to zależy od naszych widzimisie, gdyż obydwa działają tak samo, osobiście preferuje i stosuje Openoffice. Do wyboru są jeszcze mało znane produkty open source oparte na licencji GNU, takie jak Abi Word oraz Gnumeric odpowiadające odpowiednio edytorowi tekstowemu oraz arkuszowi kalkulacyjnemu. Ich funkcjonowaniu też nie stawiam żadnych zarzutów, jedynie tylko mogę dodać iż mają średnią kompatybilność z większością dokumentów. W systemach operacyjnych często mamy już dodane podstawowe aplikacje, typu WordPad, iWork itp. lecz jest niewiele osób, które lubi aż taką prostotę. Na końcu zostaje nam stary pakiem MS Office, który już niebawem zagości w nowej wersji 2010 i który jest najlepszym produktem pod tym względym, aczkolwiek… tak… cena… powala zwykłego usera. Niemniej jak kogoś stać wydać te 300zł to na prawdę warto, gdyż nie trzeba odchodzić od starych przyzwyczajeń, może tylko inny interfejs, lecz zawsze działa tak samo. Jak widać niewiele było do mówienia o pakietach biurowych, moment… zapomniałem dodać, że Lotus Symphonia oraz OpenOffice podczas instalacji muszą nam wpakować kolejną wersję Java Runtime, mimo tego, że mielibysmy nawet nowszą, to i tak zainstalują, lecz nawet bez tego oba działają dobrze.

Następną rzeczą są wspaniałe aplikacje Corel’a. Osobiście Paint Shop Pro X2 bardziej mi pasuje od Photoshop’a i na dodatek ma te same fukcje i możliwości. Nie mogę znieść faktu, że nawet taki Corel musiał pójść tak ostro w komercję. Gdy zainstaluje sobie ten całekim niezły program graficzny to Corel praktycznie tak samo jak Adobe ma swój program do ściągania niewadomoczego z internetu o innowacyjnej nazwie Corel Downloader. Takie coś tak samo jak gówno opisane powyżej siedzi sobie w systemie od momentu jego właczenia, co ono robi? Ściąga. Co ściąga? Nie wiemy!

Tak więc jak wdzicie, nawet tak porządne firmy mają jakieś kruczki, których nie lubimy, dlatego oprócz poprawnej instalacji oprogramowania zawsze upewniajmy się, czy coś jeszcze nie zostało zainstalowane, czy to co już zostało bez naszej wiedzy doinstalowane jest konieczne, czy bez tego nasz komputer będzie żył. Apeluje do wszystkich z was, niech prostota z naszego życia trafi również do naszego komputera. To że komputery są z roku na rok coraz lepsze, niech nie tylko pozostaje w informacji na pudełku naszego sprzętu w postaci literek oraz liczb i wiemy, że im więcej tym lepiej. Wszystko to jednak oznacza, że musi to się przekładać na bardziej obszerny i zasobożerny soft, byle tylko uaktualniony i robiący praktycznie to samo co 2 albo 3 lata temu. Jeżeli nie jesteście czegoś pewni w swoich komputerach zwróćcie się do jakiegoś informatyka, od tego przecież oni są :)

Posted by Inixi in 20:18:58 | Permalink | No Comments »

Thursday, April 9, 2009

Po odetchnięciu emocjami

Jak z poprzedniego posta można było dowiedzieć się, odbyła sie konferencja ms-groups.pl, na której spotkała się Warszawska Grupa Użytkowników I Specjalistów Windows. Na niej z kolei były omawiane technologie związane z kartami Smart Card, Grupami w Active Directory, oraz pakiety zabezpieczające do Windows Servera. O samej merytoryce zajęć mógłbym pisać dużo gdyż nie było to opowiedziane w jednym zdaniu, ani nie było żadnego wychwalania systemu jak to zwykle bywało na spotkaniach z użytkownikami linuksa. Swoją drogą apropos bezpieczeństwa systemu też miałbym dużo do powiedzenia, gdyż można czuć się bezpiecznie mając jedynie sam system z firewallem. Tak na prawdę całość kręciła się wokół systemów serwerowych, a ja jestem tylko zwykłym userem desktopowym, ale to nie znaczy, że taki człowiek nie potrzebuje już ochrony. Rzecz działa się w siedzibie m$, gdzie widać było porządek i dobrobyt w każdym miejscu. Po pierwszym spotkaniu oczywiście mam ochotę na kolejne i może kiedyś uda mi się tam zagościć na mównicy, gdzie będę prezentował swoją pracę pt. “Windows bez antywirusa” :)
Posted by Inixi in 10:07:05 | Permalink | Comments (1) »

Monday, March 23, 2009

windows server strikes back

W weekend jak zwykle byl czas szkoły, jak zwykle było trucie o wszystkim co wiem i o tym co mi jest neipotrzebne. Jednym z ciekawych przedmiotów był “Administrowanie sieciami komputerowymi”, więc co może kojarzyć się z tym przedmiotem? konfiguracja routera, konfiguracja switchów, konfiguracja DHCP… absolutnie! Wprowadzenie do systemu Windows Server 2008 oraz Active Directory, jakoś początkowo mnie to nie przekonywało, gdyż komu chcę się wykładać taką ciężką krowę i komu to będzie potrzebne. Pan Profesor Paweł Pławiak, niegdyś dawny wykładowca na studium, do którego uprzednio chodziłem, był prowadzącym zajęcia, mówił o realnych rzeczach zwiazanych z administracją takiej krowy i jakie są z tego pieniądze… w tym momencie trafiła mnie jakaś magia… w końcu mi – windziarzowi – bliżej do m$ niż do open source’a. Pomyślałem sobie, że przecież to może być genialne i oczywiście wsłuchiwałem się mając piegi na twarzy. Wróćmy jednek do konkretnych rzeczy, jak każdy z nas wie linuks korzysta z paczek, które można w każdej chwili załadować w system i działać na nich nawet za pomocą konsoli, bądź tak zwanego SSH zdalnie co ułatwia administrację systemem i zwiększa bezpieczeństwo. Windows jako metodę zdalnego sterowania ma RDP, co jednak nie jest bezpiecznym rozwiązaniem, gdyż połączenie nie jest szyfrowane, a nie ma żadnej kosnoli, w której możnaby sterować systemem, wiadomo – okienka. W windows zamiast doinstalowywać zewnętrzne aplikacje do HTTP (Apache), SQL (mysql) i inne to system ma to już w pakiecie zwanym IIS, który ponoć nie jest dobrym pakietem, lecz można go opanować… Coś czuje, że znowu powróce do windows i zacznę się nim interesować mocno. Dowiodę tego, że linuks i winda to są systemy user friendly i potrafią być dobre. Niedługo będzie 10 spotkanie grupy WGUiSW (Warszawska Grupa Użytkowników i Specjalistów Windows), na które z przyjemnnością się wybiorę i posłucham między innymi o Windows Server 2008 oraz zabezpieczeniach z nim związanych. Na spotkaniach likusiarzy też byłem nie raz i co słyszałem o linuksie to tylko tyle, że linuks jest fajny i żadnych konkretów… zobaczymy co będzie na tym spotkaniu.

Posted by Inixi in 08:35:06 | Permalink | No Comments »

Monday, March 9, 2009

Kapka historii

To nie jest ostatni post z tej kategorii, często będę odwoływał się do starych przeyć, gdyż jak to zwykle bywa, doświadczenia ze wcześniejszych dni budują dotychczasową nabytą wiedzę. Na początek chciałbym przedstawić od czego to się wszystko zaczeło. Jeszcze za czasów Windows XP przeklinałem firmę m$ za to jakim systemem uraczyła nas – użytkowników i na jaką żenadę świat jest skazany. Byłem wtedy fanem korporacyjnych aplikacji, które gwarantowały bezpieczeństwo komputera, chociażby taki Symantec i Norton Internet Security. Fakt faktem, że niestety nic nie mogłem wtedy zrobić na komputerze bo mi taka krowa zawalała cały system, lecz dawała jakieśtam poczucie bezpieczeństwa. Kiedyś nowe technologie były bardzo szybko przyswajane, lecz były bardzo niebezpieczne, dlatego był wielki boom antywirusów, firewalli i innych antyadware’ów. Firmy bardzo na tym zarabiały ale mimo tego użytkownicy dalej bywali poszkodowani. Godne podziwu było to, jak ktoś miał niereinstalowany system przez pół roku, pamietam jak teraz, że dawny kumpel bardzo przestrzegał sobie prawo do dotykania komputera, przecież tak łatwo można było system uszkodzić. Cały czas biliśmy się o to, u kogo komputer chodzi lepiej i dla porównania stosowaliśmy ten sam soft do zabezpieczania komputera. Oczywiście jak sobie chłopnia kupił Pentium 4 z HT o zegarze 2,66GHz i FSB 800MHz to był strasznie zadowolony bo komputer bardzo szybko ładował się i pracował sprawnie, lecz i ja byłem dumny ze swojego P4 1,8GHz i szynie jakieś 400MHz, nie miałem na co narzekać, tylko trochę RAMu brakowało ale jak zmieniło się 256MB w 1GB to był to świat i ludzie, wtedy czułem, że nigdy bardziej nie będę szczęśliwy. Czas mijał, a ja wciąż byłem zadowolony ze swojego staruszka, lecz technologie szły naprzód i wyszedł ten upiorny Vista…tak… przez wszystkich tak przeklinany, że na szyldach wielu sklepów ze sprzętem komputerowym były widoczne z pół kilometra i brzmiały “odinstalujemy Vistę, zainstalujemy XP!”. Osobiście też wolałem XP od Visty, gdyż te drugie było strasznie sprzętożerne po czym sam przekonałem się, ale później. Wtedy nie znałem jeszcze aż tak Visty i nie mogłem za wiele wypowiedzieć się na jej temat, w końcu nie gada się o tym, czego się nie zna. Mój XP z SP2 działał bez zarzutu, byłem strasznie dumny z niego, gdyż nigdy w życiu tak dobrze mi się komputer nie sprawował. Wtedy rezygnowałem z systemożernych aplikacji korporacyjnych i przenosiłem się na równie wygodne i lekkie aplikacje firm małostkowych, zainstalowałem sobie Avira Antyvir (tak! nawet kiedyś sam miałem antywirusa!) – i to było w zasadzie wszystko czego potrzebowałem do zabezpieczenia się. Zacząłem sam pracować w korporacji, której nazwę może kiedy indziej wymienię, a tam dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, na przykład jak obsługiwać tysiące użytkowników mając jeden komputer, jak zabezpieczać komputer przed naruszaniem danych osobistych, jak instalować oprogramowanie tak, żeby jeden uzytkownik mogł skorzystać a drugi nie, oraz takie pierdoły jak poczta, internet, komunikatory…. ale najbardziej kluczowym elementem był… Active Directory. Wcześniej te zjawisko dla mnie było obce, wiedziałem jedynie, że jest to nieodrębna część systemu serwerowego Windows Server, potem sam byłem zmuszony na tym pracować i wtedy nauczyłem się co to znaczy konto, jakie może mieć uprawnienia, jak przynależy do jakiejś grupy to wtedy ma inne uprawnienia… to było masowe, dla mnie coś pięknego, byłem pod wielkim wrażeniem jak można mieć taką potęgę i mimo tego, sprawny i bezpieczny system. Po pracy w takiej korporacji dostałem całkiem dobrą pensję, jako że to były czasy kiedy jeszcze można było się trochę pobawić to kupiłem sobie za to całkiem porządny sprzęt: Core 2 Duo 2,66GHz, 4GB RAM, Radeon X1950Pro, płyta główna Gigabyte GA-X38DQ6. Sprzęt jest całekiem niezły, chcąc wykorzystać maksymalnie jego możliwości zainstalowałem sobie Windows Vista Bussiness x64, po instalacji chciałem zastosować metodę, której zazwyczaj używa się w dużych korporacjach… Teraz mała idea: po instalacji domyślnie tworzy się konto administrator + konto power usera, którego nazwę sam użytkownik nadaje podczas instalacji, dodatkowo jeszcze nie ma ograniczeń jeżeli chodzi o zakładanie dodatkowych kont, więc sobie takowe założyłem z ograniczonymi uprawnieniami. Finalnie to wyglądało tak: konto administratora, z którego nie korzysta się; konto power usera, z którego domyślnie zwykły user korzysta podczas noromalnego użytkowania komputera; oraz konto zwykłego usera, z którego nikt zazwyczaj nie korzysta, gdyż nawet nie wie o możliwości jego założenia – i z tego konta korzystałem na codzień. Powiem szczerze, że User Account Control (w skrócie UAC – przypominają mi się czasy Dooma :) , które było nowością w Windows Vista, zrobiło na mnie wielkie wrażenie, do przeglądania stron internetowych, używania aplikacji biurowych, korzystania z multimediów i innych narzędzi niepotrzebne jest konto power usera czy administratora, i w tym momencie poczułem się bardzo bezpiecznie. UAC włączało się i nakazywało wpisać hasło administratora jak tylko jakiś program potrzebował korzystać z głębszych zasobów systemów, dla których zwykły user był ograniczony. Czułem się wtedy jakbym używał linuksa! Vista mi działała dobrze, dopóki nie zaczęły się bluescreeny pojawiać, wtedy to mogły być różne powody – od sterowników począwszy kończywszy na pamięci wirtualnej… lecz metoda użytkowania komputera była bardzo dobra, w systemie nic się nie zmieniało, nie martwiłem się o to, że jakiś wirus mnie zaskoczy, a co najlepsze, to moje samopoczucie było wtedy lepsze :) Chociaż i tak musiałem się powkurzać trochę na tą niestabilność i sam zacząłem na nią przeklinać…
Posted by Inixi in 10:46:19 | Permalink | Comments (1) »

Saturday, March 7, 2009

Moje pięć minut

Tak mili Państwo, zaczęło się, wreszcie! Chwila, w której muszę wykrztusić z siebie kilka słów, pójść na przekór ogólnie przyjętym stereotypom, złamać zasady o “ruchu drogowym” i przekazać wiedzę by poszerzać horyzonty zwykłych smiertelników… no, umówmy się – użytkowników – takich bardzo nieprecyzyjnych, niedoskonłych ludzi, często zapominających, zapadających w nocy w sen, swoje myślenie pozostawiający komputerom, jedynie tylko wskazując jak to zrobić – pań i panów swoich elektronicznych cudów – takich jak ja. Nie będę tutaj wstawiał informacji o swoim życiu prywatnym, nie będę pisał o swoich rozterkach życiowych, nie będę opowiadał o swoim życiu miłosnym, nie będę rozważał o tym, że zamiast być informatykiem mogłem pójść na udowlańca o podsypywać w przyszłości łopatą ziemie i cement pod tory tramwajowe, żeby cudownym mieszkańcom Warszawy lepiej się siedziało podczas jazdy w wagonie. Moim celem jest przedstawienie tego co nurtuje w ostatnich czasach wszystkich właścicieli komputerów, którzy nieraz rzucają mięsem na to jak ich systemy operacyjne działają. Taki zadowolony człowiek w przypływie gotówki idzie sobie do sklepu komputerowego, wybiera sobie sprzęt jaki tam mu pasuje tudzież laptopa i jeszcze bardziej zadowolony wraca do domu nie wiedząc tego, że lada chwila szlag go trafi za to, że tuż po włączeniu komputera zobaczy taki ładny napis na ekranie logowania “Windows Vista”… Bo co taki osobnik sobie myśli? “Ożesz! Mam vistę! Zaraz coś w nim zrobię i system mi się popsuje!” Nie, nie! Niech pan się nie martwi, masz pan gwarancję to panu naprawią przecież…. “Ahhh.. faktycznie”. Dalej już osobnik sobie wesoło instaluje office’a, gry i sobie ten komputer użytkuje nie wiedząc co konkretnie w nim robi, jak po pewnym czasie system mu już nie wstanie to dalej będzie przeklinał dzień w którym kupił ten komputer. Idzie sobie z tym komputerem do serwisu i rozpaczony kładzie go na ladę i mówi, że system mu się zepsuł. Serwisant przyjmuje, bieże na zaplecze, skanuje mu Nortonem czy innym NODem ten system i wykrywa trojana z wormem tańczących walca… w sztukach dziesięciu tysięcy… “Panie Kowalski! To się na porno strony wchodziło, coooo? :) ” I tutaj jest teraz motyw: wielu, tak jak nazwałem na początku, użytkowników komputerów nie jest w pełni świadomych co robią ze swoimi komputerowymi narzędziami, podchodzą do urządzenia na zasadzie “ma działać i już”. Jakby to znajomy powiedział “Panie, jak pan wpierniczasz się w każde drzewo co pan zobaczy to nie dziw się pan, że auto panu nie chce jeździć”. Wszystko sprowadza się do systemu operacyjnego: Windows blee… ale i tak go człowiek używa bo jakie ma wyjście? Oczywiście ma – zainstaluje sobie jakiegoś linuksa i mu hula, tylko że on nic z tym systemem nie zrobi bo go nie zna. Tutaj znowu mamy powrót do Windowsa i kółko się zamyka…. Drodzy Państwo, moim zadaniem będzie uświadomienie użytkowników o kilku rzeczach, które można zrobić z Windowsem tak, żeby ten Windows chodził, to jest dobry system, tylko tak samo dużo ludzi co nie zna linuksa, nie zna również i Windowsa. Takie osoby twierdzą, że Windows nie jest bezpieczny. Co sprawiło, że takie osoby tak myślą? Dużo wirusów… No przecież jak taki się dostanie to szlag trafia system. Jak zabezpieczyć się przed tym? Nie grzebać w systemie, nie grzebać w rejestrze, nie uruchamiać programów, nie wchodzić do internetu, a najlepiej to w ogóle komputera nie włączać… niektórzy znają takie marne zabezpiecznie jak firewall i ANTYWIRUS – osobiście uważam, że te drugie to tylko “chuyt materkingowy!” (cyt. Kabaret Ani Mru Mru), te pierwsze ma rzeczywiście swoją użyteczność. Podstawowy firewall jaki windows oferuje (od Windows XP SP2 w zwyż) sprawdza się znakomicie i nie trzeba jakichś Norton Internet Security tutaj używać, żeby zabezpieczyć się przed atakami. Pewnie zdziwieni twierdzeniem, że antywirus to lipa? Tak! W tym blogu będę właśnie dla was opisywał swoje przeżycia z Windowsem, będę wykładał swoje doświadczenie, postaram się przekonać Was, że nawet taka wredna bestia jest bardzo dobrym systemem operacyjnym… i to BEZ ANTYWIRUSA. A teraz już idę spać bo zaledwie 3 godziny zostały mi z nocy do tego by odespać i pójść potem na laboratoria z Sztucznej Inteligencji prowadzonych przez dr Feliksa Kurpa :]

Dobranoc.

Posted by Inixi in 02:28:17 | Permalink | No Comments »